W niedzielę, dnia szesnastego sierpnia Roku Pańskiego 2026, ruszyła brać nasza ku Pszczynie, gdzie na zawodach strzeleckich przyszło nam stanąć i mężność swą okazać. A że strzelanie rzeczą poważną jest, przeto i miny mieliśmy srogie, choć niektórym po pierwszym kuflu ta srogość z oblicza rychło zeszła.
Przyjęto nas tam nader serdecznie, jakoby krewniaków dawno niewidzianych, a gościnność była taka, iż niejednemu bratu serce zmiękło bardziej niźli masło na rozgrzanej patelni. Na stołach zaś pojawiły się cuda kuchni śląskiej. Rolady z gumiklejzami i kapustą znikały z talerzy w tempie, którego niejeden muszkietownik pozazdrościć by mógł. Dewolaje z pieczonymi kartofelkami i surówką także znalazły wielkie uznanie, lecz największą sławę zdobyły schabowe, albowiem były tak zacne, że człekowi aż grzech było widelcem je krajać.
A cóż dopiero rzec o piwie! Tego było tyle, iż można by rzec, że nie kufle napełniano, jeno kufle same się do stołu garnęły. Jeden z braci powiadał nawet, że po takiej gościnie droga powrotna winna być liczona nie w kilometrach, lecz w ilości kuflów wypitych na kilometr.
Zawody minęły w wielkiej zgodzie, śmiechu i brackiej kompanii. Jedni trafiali w tarczę, drudzy trafiali obok, ale wszyscy zgodnie trafiali do stołu. I chyba właśnie na tym polega prawdziwe braterstwo, iż nieważne, kto najlepiej strzela, byle każdy miał z kim wznieść kufel po zakończonych zmaganiach.
A kiedy brzuchy już pełne były, kufle zaś podejrzanie lekkie, niejeden brat spojrzał na swą małżonkę i pomyślał: „Oj, miła moja, obyś jeno nie pytała, czemu pachnę piwem, roladą i zwycięstwem zarazem!”. Tak tedy dzień pszczyński zapisał się w pamięci naszej jako czas zacny, pełen strzelania, jadła, napitku i śmiechu. A jeśli kto powiada, że na zawodach najważniejszy jest wynik, ten widocznie jeszcze nie zaznał brackiej gościnności, gdzie czasem większą celność niż kula ma widelec, a największy triumf odnosi ten, kto do domu wróci o własnych nogach.
