
Roku Pańskiego 2026, gdy żniwne pola jeszcze nie całkiem ogołocone były z plonów, Bracia Kurkowi Grodu Bytomskiego zebrali się, by sezon strzelecki po przerwie wakacyjnej rozpocząć godnie, a przede wszystkim hukiem, dymem i dobrą kompanią. A że Brat bez strzelania długo wytrzymać nie może, przeto rychło rozpoczęto zawody o zacny tytuł Kurka Żniwnego.
Pieczę nad całym przedsięwzięciem dzierżył Jurek, który zawody przeprowadził tak sprawnie, iż nawet kule nie zdążyły się pogubić, a Bracia nie mieli sposobności narzekać, że im ktoś proch źle nasypał albo tarczę za daleko postawił. Wielce dopomagała mu Ala, która, ku powszechnemu zdumieniu i niejakiej zazdrości niewiast obecnych, znowu lat osiemnaście sobie liczyła. Jak ona to czyni, tego kronikarz nie docieka, bo mogłoby się okazać, iż zna jakowyś sekret, którego nie godzi się ujawniać przed niewiastami ani, tym bardziej, przed Bracią.

Strzelano zawzięcie, oko mrużono, język przygryzano, a niejeden Brat tak długo celował, jakoby chciał kulą własne nazwisko na tarczy wypisać. Lecz gdy kurz opadł, dym rozwiał się po komnacie, a wyniki policzone zostały, stało się to, co stać się musiało. Tytuł Kurka Żniwnego ponownie przypadł naszemu Kasztelanowi Andrzejowi Suchankowi.
Widać tedy, że Kasztelan nie tylko zamkiem władać potrafi, ale i z rusznicą obchodzi się należycie. Jedni powiadają, że ma sokole oko, inni zaś, że tarcza ze strachu sama pod kulę włazi. Prawdy dochodzić nie będziemy, bo zwycięzcy lepiej nie drażnić, zwłaszcza gdy jeszcze proch przy kapeluszu dymi.

A atmosfera, jako to już w naszym Bractwie bywa, była iście bracka. Śmiechu nie brakowało, żart szedł za żartem, a kielichy zapewne same chciały się napełniać, widząc tak zacne towarzystwo. Była to bowiem nie tylko walka o tytuł, lecz przede wszystkim sposobność, aby Bracia znów wspólnie stanęli przy tarczy, postrzelali, pogadali i przypomnieli sobie, że w kupie zawsze raźniej, szczególnie gdy człek nie wie, czy więcej dziś wypije, czy wystrzeli.
Na koniec spotkała nas rzecz wielce miła. Nasi zacni sympatycy z familii Watoła obdarowali Bractwo pięknym upominkiem w postaci pamiątkowych talii kart. Dar to zacny i nader praktyczny, albowiem po strzelaniu, kiedy już proch wystrzelony, a języki jeszcze sprawne, zawsze można przy karcianym stole kontynuować bratnią rywalizację. Oczywiście kronikarz zastrzega, iż o żadnym graniu na pieniądze mowy być nie może. Chyba że o pieniądze, których nikt nie posiada.

Familii Watoła składamy tedy serdeczne podziękowanie za pamięć, życzliwość i piękny dar. Niechaj fortuna sprzyja, karty dobrze leżą, a asy częściej trafiają do ręki niż do cudzej kieszeni!
Tak oto Kurkiem Żniwnym sezon rozpoczęty został należycie. Był huk, był dym, była rywalizacja, były śmiechy i była bracka komitywa. A że Kasztelan znowu wygrał? Cóż, niechaj się cieszy, póki Bracia nie wymyślą sposobu, aby następnym razem tarcza sama wybierała zwycięzcę. Choć znając Andrzeja, i wtedy pewnikiem trafiłby w sam środek.
