Roku Pańskiego 2024, dnia dwudziestego czwartego miesiąca sierpnia, gdy las jeszcze szumiał letnim wiatrem, a ptactwo nie wiedziało, iż za chwilę huk czarnego prochu zagłuszy jego śpiewy, odbyły się zawody strzeleckie ku chwale dawnej sztuki wojennej. Na leśnej strzelnicy zgromadzili się miłośnicy broni krótkiej i długiej, których połączyła nie żądza wojaczki, lecz umiłowanie tradycji, sportu i braterskiej kompanii.
Gospodarzami tego przedsięwzięcia byli zacni mężowie z Koła Ligi Obrony Kraju w Gliwicach i Dzierżnie Małym, którzy zadbali, aby nikomu prochu nie zabrakło, a tarcze stały prosto niczym rycerz przed obliczem swego pana. Wszakże wiadomo, iż strzelanie czarnoprochowe jest sztuką osobliwą. Tu nie dość mieć oko sokole i rękę pewną. Trzeba jeszcze cierpliwości, albowiem kto zanadto się spieszy, ten częściej dym ogląda niźli przestrzelinę w tarczy.
Nie zabrakło pośród zgromadzonych naszych braci, którzy raz jeszcze dowiedli, iż bytomska brać kurkowa potrafi nie tylko przy stole godnie zasiadać, ale i celnie ku celowi mierzyć. Czołowe miejsca zajęli, czym chlubę Bractwu przynieśli i sprawili, iż niejeden konkurent spoglądał na nich z podziwem, a może i z odrobiną zazdrości skrywaną pod wąsem.
Byłże to widok godny kronikarza. Kłęby dymu snuły się między drzewami niczym mgły nad bagnami, huku było tyle, że nawet leśne zwierzęta postanowiły naradę odbyć w bezpieczniejszej odległości. Jeden z obecnych braci przysięgał nawet, iż po trzeciej salwie ujrzał ducha starego puszkarza, który skinął mu głową na znak uznania. Czy była to prawda, czy też sprawka słońca i dymu, tego kroniki rozstrzygać nie będą.
Tak oto kolejny raz czarny proch połączył ludzi dobrego serca i mocnej dłoni. Niechaj więc pamięć o dawnych strzelcach trwa, a huk wystrzałów przypomina wszystkim, iż tradycja żyje tak długo, jak długo są ci, którzy chcą ją pielęgnować.


