Roku Pańskiego dwutysięcznego dwudziestego piątego, gdy marzec ledwie rozgościł się na dobre, a słońce przygrzewało tak hojnie, jakby sam maj przez pomyłkę wcześniej przybył, bracia nasi postanowili porzucić zimowe pielesze i udać się na strzelnicę terenową do Mikołowa.
Powietrze było ciepłe niczym oddech karczmarki niosącej świeżo warzony miód, a termometr wskazywał dwadzieścia stopni ponad zerem, co po zimowych chłodach wydawało się prawdziwym cudem. Nie godziło się tedy siedzieć bezczynnie, gdy łuki tęskniły za strzałami bardziej niż niejedna panna za zalotnikiem wracającym z wojaczki.
Bracia chwycili za łuki i rozpoczęli trening. Strzały świstały po lesie, cele drżały ze strachu, a niektórzy łucznicy trafiali tak celnie, jakby im sam święty Sebastian rękę prowadził. Inni zaś ćwiczyli cierpliwość, albowiem ich strzały częściej zwiedzały okoliczne krzaki niż wyznaczone cele. Nie ma jednak hańby w chybieniu, bo jak mawiają starzy łucznicy, kto nigdy nie zgubił strzały w gąszczu, ten albo kłamie, albo jeszcze nie strzelał.
Po godzinie zmagań okazało się, że ręce dzierżące majdan zaczęły drżeć bardziej niż kolana młodego giermka, gdy po raz pierwszy ujrzy uśmiech pięknej dziewki przy studni. Rozsądek zwyciężył nad ambicją i uznano, iż na pierwszy trening roku dobra tego wystarczy.
Wszyscy wrócili radzi, zdrowi i pełni zapału do dalszych ćwiczeń. A skoro łuki przemówiły, strzały poleciały, a nikt nie musiał szukać zgubionego brata po całym lesie, przeto jednogłośnie ogłoszono, iż sezon łuczniczy Roku Pańskiego 2025 został uroczyście otwarty.
Niech więc cięciwy śpiewają, strzały znajdują cele, a sakiewki wytrzymują wydatki na nowe groty.


